Słowem wstępu

Zareklamuj bloga! Najlepsze Blogi

Cześć. Jeżeli w ten czy inny sposób trafiłeś na mojego bloga, to pragnę Cie przywitać. Zanim poddasz się lekturze, jestem winien Ci krótkie objaśnienie. Z zamiarem założenia bloga nosiłem się już od dawna, lecz dopiero teraz wcieliłem swój plan w życie. Po co mi to właściwie? Znaczną część mojego życia wypełnia pisanie. Zajmuje się głównie pisaniem wierszy, lecz ostatnimi czasy zacząłem również pisać coś na miarę dzienników. Właściwie to polemizuje w nich sam ze sobą, stawiam się jakby w centrum i obok zarazem, debatując nad przestrzenią wokół mnie oraz nad tym co w owej przestrzeni intryguje, zachwyca czy po prostu irytuje mnie.

Z góry uprzedzam, iż nie będę tutaj pisał o tym jakie życie jest niesprawiedliwe, złe i krzywdzące, nie będę też pisał o nieszczęśliwej miłości. Interesują mnie bardziej dogłębne elementy mojego (naszego) życia, które to życie tworzą kawałek po kawałku. Na blogu będę zatem umieszczał swoje przemyślenia oraz wiersze – te, które uznam za warte pokazania.

Na koniec chce jeszcze uprzedzić wszystkich nadgorliwych. Mój blog nie jest i nie ma być ostoją dla poprawności. Nie będę silił się na sztuczną elokwencję rodem z Mickiewicza czy innego Słowackiego, piszę jak mi leży na sercu, a jeżeli Ci to nie odpowiada, to już teraz mówię: żegnam. Zależy mi na dotarciu do prostych ludzi, do ludzi rzeczywistych, a nie tych z okazałej ramki na zdjęcie.

Jeżeli zainteresował Cię mój blog, byłbym wdzięczny za przesłanie go dalej, gdyż nie wymyśliłem jeszcze skutecznego sposobu na jego reklamę.

29 września 2011

Desertio

Nocą, gdy nie śpię, przechadzam się mniej lub bardziej mi znanymi ulicami miasta. Z obojętnością na twarzy i niekrytym zainteresowaniem gdzieś wewnątrz, obserwuję pogrążone we śnie krainy zamieszkane przez bliżej nieznanych mi ludzi, dalej zwanymi ludźmi bez twarzy. Muzyka w uszach zdaje się dostrajać do otoczenia, tworząc  surrealistyczną rzeczywistość, wydającą się mi tak bardzo normalną, a będącą jednocześnie tak bardzo nienormalną dla tych ludzi bez twarzy. Nie przejmując się tym, idę przed siebie. Czasem się gdzieś zatrzymam, zaintrygowany tym, co przez pryzmat mego surrealizmu, wygląda co najmniej dziwnie. Gdy już nacieszę się tymi widokami nie widzę przeszkód, uniemożliwiających mi dalszą drogę...

Teraz mijam cmentarz, który nie wiedzieć czemu, wydaje mi się tak zabawnym miejscem, budzącym zarówno podziw jak i odrazę - jest przecież odzwierciedleniem ludzkiego zniewolenia. Krótką chwilę pogrążam się jeszcze w głębokiej zadumie, po czym stwierdzam, że to już nie istotne. Za cmentarzem bowiem czeka mnie długa podróż w nieznane. Czekam więc, aż uszy dostroją mi nowe otoczenie i rzucam się w toń. Widzę tu, jak natura przegrywa morderczy wyścig z pośpiechem. Niedługą chwilę przypatruje się końcowemu okrążeniu - różnica jest wyraźna, zdaje się, że natura z góry skazana była na porażkę. No nic. Jutro też jest dzień, jutro znowu przegra - pomyślałem, po czym ruszyłem w kierunku przeszłości.

Obrośnięta mchem stodoła, wygląda, jak gdyby mijające dni nie robiły na niej większego wrażenia. Przyzwyczaiła się do swego miejsca, do którego nota bene absolutnie nie pasuje. To jej nie-pasowanie ma jednak swój niebagatelny urok, stanowi bowiem swego rodzaju drogowskaz. Drogowskaz, będący widoczny tym, którzy z różnych powodów zagubią się w miejscu tak dobrze im znanym. Nim odejdę, zdaję się mi, że owa stodoła chciała by mi coś powiedzieć. Oczywiście z pewnych przyczyn, o których pisać nie muszę, nie może tego zrobić. Ja jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż doskonale wiem, co takiego mogłaby mi ta skarbnica wiedzy przekazać, odchodzę więc w ciszy, zostawiając ją samą.

Szybko skręcam w lewo i ku moim oczom ukazuje się coś czego do końca nie rozumiem. To chyba cyrk. Z każdej strony atakują mnie klauny, zwierzęta szarpią łańcuchy, a ogrom przesadnie jaskrawych kolorów usiłuję zaślepić mą czujność. Nie daję się jednak i jak najszybciej opuszczam to beznadziejnie szare, mimo swej kolorowości, miejsce. Nie chcę już tam wracać, wiem jednak, iż powrót tam jest nieunikniony i wkrótce ponownie zmuszony będę oglądać to przedstawienie - wówczas znowu ucieknę, jak najszybciej się da.

Wyczerpany intensywną wędrówką, obieram w końcu cel. Przedzieram się więc przez jeszcze niezatarte ścieżki, podziwiając okolice jakby już na starych zdjęciach. Przystaję co chwila, degustując potęgę chwili, lecz nieustannie zbliżam się do mety. Gdy już docieram, wyłączam muzykę, przechodzę przez próg - granicę kontrastów. Wchodzę do dużego, pustego domu, obserwują zepsucie, handel sobą. W imię czego? Nie wytrzymam tu zbyt długu, więc wychodzę (po czasie, którego liczyć nie chcę), jak najciszej, zdegustowany do granic wytrzymałości, ja.

20 września 2011

Industrialnie

Od dosyć dawna ludzka pozorność oraz mechaniczność przyprawia mnie o smutek i wprawia w zadumę. Pewnie dlatego pewnego deszczowego dnia, będąc w jednym z typowo turystycznych miast Polski, napisałem ten oto krótki wiersz, będący odzwierciedleniem tego, jak widzę codzienne życie większości społeczeństwa.


Industrialnie

Miasto pościgów.
Pod osłoną słońca,
Deszczu oraz śniegu,
Nielegalny gwałt,
Na tym, co istotne.
Szare koszmary,
Tłumione odgłosami,
Tych samych silników,
Pod parasolami ukrywane,
Oczy na świat, mijające,
Mierzące się bez celu.
Ciekawość ludzi grzechu,
Popełnionego na naturze.

14 września 2011

Radość z życia

Czy każdy człowiek ma prawo do czerpania radości z życia? To bardzo proste - oczywiście, że tak. Dlaczego więc tak wielu z nas, jakby na siłę, pozbawia siebie tej możliwości? Pozbawia siebie szans na uśmiech z rana, na wewnętrzne dopełnianie samego siebie? Dlaczego gdy uśmiecham się w pociągu do drugiego człowieka, traktowany jestem jak uciekinier z psychiatryka?

Dość często odnoszę wrażenie, iż tak naprawdę ludzie uciekają od bycia szczęśliwymi, podążają w zupełnie przeciwnym kierunku niż wewnętrzny spokój, opanowanie i samozadowolenie z życia. Gdy wychodzę z domu, w około unosi się zapach wzajemnej niechęci, wrogości, zazdrości i podłości. Zewsząd spoglądają na mnie powykrzywiane, grymaśne twarze. Kiedy próbuję się uśmiechnąć, to jakbym słyszał w oddali "przestań... spójrz na siebie... nie pasujesz tutaj...". To bardzo smutny obrazek, gdy widzę mijających się ludzi, którzy spoglądają na siebie tym szklanym, pozbawionym człowieczeństwa, wzrokiem.

Dlaczego więc jest, że wśród nas żyje tylu, niezadowolonych z życia, ludzi? Z pewnością nie sprzyjają temu nadzwyczaj paskudne czasy w jakich żyjemy. Choć oczywiście, nie chciałbym tu specjalnie demonizować obecnych czasów, bo tak naprawdę każde czasy na swój sposób są piękne i paskudne. Lecz obecny nam ciągły pośpiech za tym co nieistotne, sprawia, że ludzie stają się nazbyt oschli i zgorzkniali, pozbawieni jakichkolwiek zasad moralnych. Wszechobecny, śmierdzący pieniądz pozbawia uczuć, a życie coraz większej ilości ludzi wygląda jak zamknięte w szklanej kuli - wszystko tak bardzo przewidywalne i robione bez emocji. Ludzie - zaprogramowane lalki, niewidzące nic poza tym, co imituje życie, poza stertą tandety, jaka atakuje nas z każdej strony.

Czy jest na to sposób? Ja mam. Na początku tekstu użyłem zwrotu "samozadowolenie", niech to słowo będzie tu słowem kluczem - bo to właśnie my sami musimy zadbać o naszą "radość z życia". Tego nie zamówimy w sklepie, nie przyjdzie do nas pocztą, musimy wyjść i odnaleźć to sami. Czasami należałoby rzucić wszystko i udać się na długą podróż w głąb siebie, odnaleźć w sobie to, co sprawia, że odlatujemy w inne krainy, co choć trochę odbiega od schematów, zakazów i nakazów. Czasami po prostu trzeba zapomnieć o problemach, uznać, że to, co już za nami, nie ma teraz najmniejszego znaczenia, pamiętać, że liczy się tylko tu i teraz. Ten moment regeneracji, powiedziałbym ten moment fantastycznej, idealistycznej ignorancji, tak charakterystycznej dla młodych buntowników, romantyków. Nie wstydźmy się siebie!

Powiem Wam coś jeszcze. Osobiście nienawidzę czasów, w których żyję, nie potrafię odnaleźć się w tej chorej rzeczywistości, nie potrafię przejść obojętnie obok pieprzonego zła i obok ludzkiej obojętności na nie. Lecz mimo to jestem cholernie szczęśliwym człowiekiem. Owszem, często człowiekiem sceptycznym, często zawiedzionym i smutnym, ale w gruncie rzeczy cholernie szczęśliwym. Zapytacie dlaczego? Z prostego powodu: ja chcę być szczęśliwy, nie boje się tego co we mnie siedzi, bo właśnie w tym odnajduje "radość z życia". Wobec tego życzę i Wam abyście nie bali się zajrzeć w głąb siebie.

10 sierpnia 2011

Oddech śmierci

Po siedemdziesięciu siedmiu dniach funkcjonowania bloga, nareszcie zdecydowałem się na umieszczenie jednego z moich wierszy. W związku z tym, iż swoje wiersze traktuje wyjątkowo osobiście, nie była to dla mnie łatwa decyzja. Na dobry początek wybrałem wiersz, o którym nie powiem, iż w pełni oddaje moje aktualne spojrzenie na świat. Jest on natomiast, dla mnie, swego rodzaju powrotem do przeszłości, miłym wspomnieniem palących się na stosie ideałów. Wiersz ten pisałem z myślą o ofiarach ataków terrorystycznych, niech więc będzie on uczczeniem pamięci setek tysięcy niewinnych ludzi.

Oddech Śmierci

Stąpający po niepewnym gruncie,
Oczekujący na ostatni uśmiech,
Na spojrzenie w oczy matki,
Na sukcesy swych potomnych,
Dotyk słońca, szept powietrza,
Oddech śmierci nieproszony.

Fantasmagorie i marzenia,
Wysysane permanentnie
Z nieświadomych jeszcze dusz.
Każda dusza jednym sercem,
Każde serce panem życia,
Zaciąganym beznamiętnie,
Oddechem śmierci nieproszonym.

Lecą nogi, skaczą ręce,
But opodal stopy,
Tańczy w wirze pragnień,
Bezpowrotnie oderwanych,
Od snu, co życiem się zowie.
Najsmutniejsze jest to tango,
Gdy muzykę tworzy grozy,
Oddech śmierci nieproszony.

Zabije dzwon, nastanie cisza,
Niedowierzanie przerwie,
Fanfar odgłos,
Ku czci oddechu śmierci,
Kierującemu swe ślepia,
Na nowo wybrane,
Zastępy serc niewinnych,
Zastępy pragnień, myśli
Oraz marzeń.

Wstyd mi, bo mienie się,
Człowiekiem jak ci,
Co oddech śmierci
W przestrzeń wysyłają,
przepraszam.

27 lipca 2011

Deszcz

Deszcz, pada i niszczy. Niszczy plany ludzi zaplanowanych, zaplanowanych w istocie przytłoczonych bezustanną pogonią za tym, co pewne. Ten sam deszcz nie wie, ile radości sprawia mi, gdy niszczy ich plany, wprowadza chaos, nieregularność, tłok, powoduje zawieszenie między tym co jest, a tym co być dopiero miało, powinno raczej. 

Deszcz, nieproszony gość, uwalnia resztki rzeczywistości wobec ludzi zaplanowanych, rzeczywistość ta, inna od ich rzeczywistości (tej ciągle planowanej), budzi wstręt, odrazę, wprowadza niepewność, a w gruncie rzeczy rodzi strach, strach nie przed tym, co nieznane, strach przed tym, co nieuniknione, tak bardzo unikane zarazem. 

Następstwem tego jest, że człowiek, cały czas ten zaplanowany, popada w dziwny rodzaj depresji, ona rodzi natomiast ogólny wstręt do tego, co niezaplanowane – do tego deszczu nieszczęsnego, będącego jedynie błahym elementem, dla mnie przykładem, bo rzecz jasna, nie o ten deszcz się tutaj rozchodzi. Wspominany wstręt uwidacznia się w późniejszej percepcji na wydarzenia, rzeczy czy ludzi, w efekcie pogrążając tegoż człowieka w jego czterech ścianach (nie tych, między którymi obijamy się jedynie, raczej tych, w których wiele drzwi stojących otworem).

W tej swojej planowości, człowiek zaplanowany staje się kaleką we własnej osobowości. Jak każde kalectwo, tak i to, powoduje ograniczenie, tutaj ograniczenie w stosunku do samego siebie. Człowiek ten nie daje sobie mianowicie szansy na doścignięcie rzeczy istotnych - tych błahych zarazem, co to stają się i tworzą naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Ułomność ta, co jasne, ani jest wrodzona, ani jest nabyta, po prostu jest i na tej samej zasadzie może jej nie być, coś jak pryszcz na środku nosa. 

Sprowadzając sprawę do meritum, idzie o to, iż zatracając się w ciągłej pogoni za pewnością, staje się człowiek niewrażliwy na te kamienie, które uwierają w butach. Dostrzega on tylko te, które same wchodzą do oczu, te wielkie kamienie, w których tak ciężko odnaleźć sens, bo one już skończone, lecz niekoniecznie wesołe, jak te małe, co na przekór w stopę uwierają. :)

11 lipca 2011

Krótka historia miłosna

Spacerowali po pełnym zakamarków parku, milcząc przemierzali gąszcze wiodące do swych serc. Co chwila spoglądali na siebie, jak gdyby jedno drugiemu uciec miało w przestrzeń nieznaną. Niekiedy mocniej ścisnęli się za rękę, chyba upewniali się, że drugie idzie koło tego pierwszego. Skręcili w aleje pełną bzów, na jej końcu wdrapali się bez wzruszeń, na mostek, co tylko kolejną przystanią miał być. Na mostku historia ta, niespodziewany obrała tor.

Kochankowie, obwiązani magiczną nicią, wdali się w taniec zmysłów. Wówczas ona rozchyliła jego rozporek, dłonią ujęła członka i zbliżywszy się do granic, wsunęła go we własne, uprzednio rozpięte spodnie. Gdy znów ich usta zjednały się w wirze pragnień, on wsunął delikatnie dłoń pod jej długą bluzkę. Drapiąc ją po plecach, nadawał jej biodrom rytmy gorące. Ona wspinała się subtelnie na palcach i przygryzając mu ucho, ukrywała ciche jęki rozkoszy, która wciąż buchała, rozpalając zmysły do białości. Wszystko to działo się, pod jej długą bluzką. Otworzywszy oczy, długo wpatrywali się w siebie, jak gdyby wzajemnie wciągali się w otchłań, tę samą, choć inną dla obojga. Tu urywa się ta krótka historia.

Nazajutrz skoro świt, pod mostem tym samym, znaleziono zimne, dziewczęce zwłoki. Woda delikatnie masowała jej stopy, wiatr podwiewał tę samą, przydługą bluzkę...

30 czerwca 2011

Mój umysł, mój świat

Od dawien dawna różnej maści naukowcy rozpracowują świat ludzkich pragnień, smutków i nadziei, silą się na hipotezy mające określić pracę każdej śrubki w naszym mózgu, jednak do tej pory są w ludzkim umyśle rzeczy, które wprawiają w stan osłupienia kolejne zastępy białych fartuchów. O fascynującym świecie ludzkiego mózgu można przeczytać wiele referatów, artykułów czy książek, ale żadna z nich nie odda tego, co tak naprawdę siedzi nam w środku, po pierwsze ze względu na to, iż jest to zbyt wielki ogrom do ogarnięcia, po drugie w każdym z nas siedzi inny świat, czekający na to, by go odkryć. W ostatnich miesiącach i tygodniach szczególnie mocno zagłębiłem się w swój własny umysł, można powiedzieć, że zacząłem poznawać go od podstaw. Przy pomocy środków psychodelicznych wtargnąłem w najdalsze zakamarki własnej świadomości. Aby choć trochę przekazać, to co przekazać bym pragnął opiszę moją przygodę sprzed tygodnia.

Pojechałem na wieś do człowieka szczególnie mi bliskiego, towarzysza, przyjaciela, brata. Przez kilka miesięcy nie było go w kraju, więc ten wyjazd był przeze mnie szczególnie wyczekiwany. Pierwszego dnia mej wizyty przy dźwiękach muzyki i nieskończonego szczęścia spowodowanego paleniem marihuany, rozkoszowaliśmy się cudownymi widokami z nad jeziora oraz toczyliśmy rozmowy, których tak bardzo nam przez ten czas brakowało. Drugiego dnia mój kompan wyciągnął nieznany mi wcześniej biały proszek, który okazał się być środkiem psychodelicznym. Nie zastanawiając się zbyt długo wciągnęliśmy odmierzone dawki. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Już po kilkunastu sekundach poczułem jak unoszę się w powietrzu, było w tym coś dziwnego, bo przecież cały czas siedziałem pod ścianom. Chwile później zobaczyłem jak szafa stojąca nieopodal tańczy walca z krzesłem, jak podłoga faluje, a ściany zmieniają swoje pierwotne położenie. Muzyka dobiegająca mych uszu zdawała się być rozłożona na czynniki pierwsze, widziałem każdą płynącą z głośników nutę i mogłem dokładnie ją opisać. Wszystko było tak ciekawe, inspirujące, godne uwagi. Spojrzałem wreszcie na przyjaciela, nie miałem wątpliwości, on też widział to co ja. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach milczenia postanowiliśmy wyjść z pokoju, skoro tylko on wydawał być się tak fascynujący, to co mogło czkać nas na zewnątrz? Wyszliśmy z pokoju na piętrze, do pokonania były schody, które, gdy na nie weszliśmy, zapadały się w dół, jakby uciekały od nas, nie pozwalały nam zejść. Towarzysząca w korytarzu ciemność wzmagała działanie środka, stała się motywacją do dalszej wędrówki. W końcu znaleźliśmy się na zewnątrz, od razu uderzyła we mnie mnogość elementów, których nigdy wcześniej nie zauważałem, potrafiłem oddzielić każdą, najmniejszą cząsteczkę, z której zbudowany jest ten świat, każdy listek na drzewie, ziarenko piasku pod butami, źdźbło trawy z nad jeziora czy odgłosy zwierząt, ganiających po lesie. Chwile później ruszyliśmy w podróż, pokonaliśmy niewielką górkę, a tuż za nią czekały na nas pagórki, które falując tworzyły istne, nieskończone jezioro. Skręciliśmy w lewo, szliśmy tak blisko dwa kilometry, co chwila przystając, by nacieszyć się nowymi widokami. Spojrzawszy w niebo, straciłem poczucie bliskości z ziemią, oglądając niesamowite kształty, w które układały się chmury, nie mogłem uwierzyć, że mój umysł jest w stanie widzieć takie rzeczy. Weszliśmy w dość wąską ścieżkę leśną, po obu stronach drzewa szeptały mi do ucha, po czym wyskakiwały z ziemi i szły ze mną, jak równy z równym. Ja stałem się drzewem, a drzewo stało się mną. Po blisko trzech godzinach najcudowniejszej w mym życiu podróży, znowu siedziałem pod tą samą ścianą z poczuciem, iż wszystko, co się wcześniej wydarzyło było tylko iluzją i przekonaniem, iż od momentu zażycia psychodeliku minęło ledwie kilka minut. Stan tej "nietrzeźwości" trzymał mnie jeszcze przez dobre kilka godzin, a gdy nad ranem wszystko zaczęło mijać, odszedłem w sen, którym nie spałem od bardzo dawna. Był to tak spokojny sen, że nawet pracujące w pokoju buldożery, nie były by w stanie mnie zbudzić.

Obudziwszy się w okolicach południa zacząłem przypominać sobie dzień poprzedni. Na mojej twarzy pojawił się błogi uśmiech, a wewnątrz dominowało poczucie spełnienia. Wszystko to, co tamtego dnia przeżyłem, było dla mnie niezwykle cennym doświadczeniem. Od dawna miałem świadomość tego, że potrafię dostrzegać więcej, lecz to co przeżyłem przed tygodniem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Umysł człowieka jest miejscem niesamowitym, zdolnym tworzyć rzeczy, o których przeciętny śmiertelnik pojęcia nie ma i nigdy mieć nie będzie. Widoczność niewidocznego, nieskończoność dźwięków i przedmiotów, stały się dla mnie idealnym narzędziem w walce z pozorną rzeczywistością.  

Na koniec chcę jeszcze powiedzieć, że wszystko to, co opisałem, nawet w najmniejszym stopniu nie oddaje tego co wówczas przeżyłem.

6 czerwca 2011

Egoistą staraj się być

Kim jest egoista? Nauczono mnie w drodze zaawansowanej edukacji, że egoista to człowiek dbający tylko o swoje potrzeby, podążający za nimi kosztem potrzeb innych, raczej niebędący przez to akceptowalny w społeczeństwie, w którym zwykł się obracać. Wyobrażając sobie egoistę rodziła mi się w głowie postać o wykrzywionych ustach, nienawistnym spojrzeniu i przygarbionej posturze ciała. Tenże egoista nigdy nie wydawał się zbyt bliski mojej osobie i nastawieniu memu do ludzi, życia, otoczenia. Bynajmniej, był mi zupełnie obcy. Jednak z biegiem minut, godzin, dni i lat pojęcie egoizm nabrało dla mnie zupełnie innego znaczenia, będącego poza całą rangą schematów, stojących na drodze edukacji. Czym więc jest dla mnie egoizm? 

Zacznę od małej zmiany nazwy, to o czym za chwilę napiszę, będę nazywał egoizmem wewnętrznym. Egoizm ten w swoim (a raczej moim) założeniu czerpie swoją analogię z egoizmu jako egoizmu, rzekłbym, iż został stworzony według schematu edukacyjnego (wspomnianego na początku), lecz nabrał zupełnie innego wymiaru, a w końcu nabrał dla mnie znaczenia jako wartość. Przechodząc zatem do egoizmu wewnętrznego, najważniejszą jego cechą jest postrzeganie rzeczywistości i percepcji na nią jedynie przez pryzmat siebie, niezakłócany pryzmatem obcym, to znaczy narzuconym. Stwierdzenie "pryzmat siebie" jest jakby złotym środkiem między tym co przed nami, a tym co za nami, pozwalającym samemu sobie kształtować spojrzenie swoje na życie. Nie mówię tu o pewnych odruchach bezwarunkowych, jedynie oto chodzi, na co ewidentnie sami możemy mieć wpływ. Czyż nie to właśnie zrobiłem z egoizmem? Tym edukacyjnym oczywiście, spojrzałem na niego przez pryzmat siebie. Zmierzając już do końca, czy to o czym napisałem nie wydaje się być zbyt bliskie, znajome jak gdyby? Bo czym innym jest miłość, przyjaźń, oddanie bliźniemu, jak nie właśnie egoizmem wewnętrznym?

W taki oto sposób egoizm stał się mi bardzo bliski, zupełnie zmienił wyraz twarzy, jest ze mną na co dzień i współtworzy mój świat. Nie sprawia oczywiście, że jestem odrzucany, niechciany czy nielubiany. Wręcz przeciwnie, stał się mi przyjacielem i pozwala mi być tym kim jestem, będąc nim dla siebie, i będąc nim dla innych, takim samym. Kumacie? Mam nadzieję, tak więc pamiętajcie: poprzez egoizm wewnętrzny człowiek staje się człowiekiem dla drugiego człowieka.

30 maja 2011

Akordeon

Siedzę, leżę, znowu siedzę, wstaję, piję, siadam, kładę się, po raz setny sięgam notatki, ale żadna ich część składowa nie potrafi na dłużej przykuć mej uwagi. Na zewnątrz ponad trzydzieści stopni, licząc w Celsjuszach, wewnątrz okropny zaduch, zdaje się, że tylko dźwięki wydostające się z głośników są teraz w stanie mnie zainteresować. Odkładam zatem obrzydliwe notatki - to dopiero pierwsze podejście - pomyślałem. Moje myśli błyskawicznie podążają gdzieś indziej, pod kopułą rodzą mi się jakieś nieokreślone wizje związane z dobrem i związane ze złem. Skwar nieustannie usiłuje wtrącić się w dialog mój z samym sobą, staram się jak mogę nie dopuścić go do tej rozmowy. W efekcie rodzi się kolejna wizja, tym razem niesamowicie nieprzejrzysta, mglista - po prostu pustka. Chyba nici z dzisiejszego pisania - pomyślałem po raz drugi i ukradkiem spojrzałem na notatki. Nie zdążyłem jednak po nie sięgnąć, bo gdzieś z dala dobiegły mnie cudowne dźwięki, nasłuchiwałem więc. Zbliżały się i przeganiały gdzieś beznadziejny skwar, ten na zewnątrz i ten wewnątrz.

Wyszedłem na balkon w poszukiwaniu źródła tejże istnej oazy. Moje oczy dostrzegły odzianego w czerwoną koszulkę i granatowe spodnie młodego mężczyznę, wokół którego ganiał mały chłopiec. Zdaje się, że skwar nie doskwierał im ani trochę. Chłopiec wydawał się tak bardzo szczęśliwy. W rękach mężczyzny spoczywał akordeon - to on był źródłem nieskazitelnej melodii. Mężczyzna spacerował z wolna wzdłuż balkonów, a swoją muzyką wchodził na nie z butami. Spostrzegłem kilka głów wyłaniających się z balkonów, najwidoczniej coś zakłóciło ich nienamacalną normalność, spoglądali z politowaniem na tego, który zmusił ich do wyłonienia łba z otchłani ich bezceremonialnej głuchoty. Mężczyzna objął swym wzrokiem dziesiątki jednakich balkonów, po raz ostatni przegonił skwar i odszedł wraz z małym chłopcem, tym chłopcem który był tak szczęśliwy, a którego szczęściem mężczyzna mógł jeszcze być szczęśliwy.

Skwar i tak powrócił.

25 maja 2011

Na początek: Pociąg

Pociąg. Jadę, upajając się widokiem lasów, łąk i peerelowskich dworców. Rozmyślam nad sensem zbierania biletów pociągowych, w których bardzo dobrze widzę zaklęte chwile. Spoglądam z ukosa na wysokiego, wąsatego konduktora, ciekawe czy już wie, iż za moment poprosi mnie, abym udał się z nim na przód pociągu, by tam nabazgrał mi na odwrocie biletu: Zgłoszono przejazd dalej. Wychodzi z przedziału, wraca po kilku minutach i następuje co wyżej. Coś jest w tych jego wąsach. Zakręcone w dół, sprawiają, iż owy konduktor przypomina raczej cyrkowca. Jaki sens ma zatrudnianie cyrkowca w roli konduktora? Niebywale ironiczne posunięcie, nadające temu życiu barw, o których inni mogą tylko pomarzyć.

Lecz ja wciąż jadę. W oczekiwaniu na przesiadkę, by dalej upajać się urokami polskiej kolei. Zasadniczo lubię te niespokojne podróże. Ciągłe opóźnienia, niepewność, podskoki na jednej nodze - to elementy pozwalające na odrobinę spontaniczności, która tak skutecznie tłamszona jest w każdym elemencie funkcjonowania społeczeństw.

Na skos ode mnie usiadła miła dziewczyna. Czy jest miła? Jest. Spoglądam nań niepostrzeżenie, rozmawia przez telefon, ma taki kojący głos, radosną twarz, to jedna z tych niewielu dziewcząt, tak po prostu szczęśliwych. Jak bardzo różni się ona od tej z końca przedziału, tej ukrytej za czarnym okularem. Ostatni raz spoglądam na dziewczynę po lewej, chodzi do liceum - poznałem po legitymacji - dobrze było by tam znów być.

Przesiadka. Wystartowali, pięć minut na przejście stu metrów, to przecież tak niewiele. Idę więc, by na pewno zdążyć. Podjeżdża maszyna, próbuję wsiąść.

- Tu nie wolno - słyszę - to wagon sypialny. 
Idę dalej. To samo.
- Gdzie tu są normalne wagony? - pytam.
- Na przodzie, te zielone - odpowiada znudzony do granic konduktor.

Dwie minuty później w końcu pozwolono mi wejść, kwadrans później miałem już bilet, udało się, bez prowizji, mówiłem, że coś było w tym wąsie. Drugi konduktor był zupełnie inny, nieobceny, smutny, zmęczony, jakby duch z niego wyszedł.

Ku mojemu zdziwieniu znalazłem miejsce siedzące, gdzieś miedzy drzwiami wejściowymi, przejściowymi, a tymi od toalety. Wspominałem już jak bardzo to lubię? Tak sądzę. Pociąg, to jedno z tych miejsc, w których rozmawiam ze sobą, odnajduje siebie, długopis w kieszeni, kartkę w zeszycie i nie liczy się nic więcej. Szum, nieustający pomruk, towarzyszący permanentnie w czasie podróży, uspokaja mnie. Gdy wówczas spoglądam przez brudną szybę, zaraz znad napisu Kocham Cię Natalio, widzę tylko to, co ponad.

Dziś nie przysłuchuje się zawsze intrygującym rozmową, dziś obserwuje tych, co poszukują czterech miejsc, podczas gdy potrzebują zaledwie jednego. Odrętwiała noga przypomina mi, że powinienem wstać, wstaję więc. Rzucam spojrzenie na szybę, za nią już tylko ciemność bez dna, lecz z okna spogląda na mnie jakaś postać. To Jim Morrison. Właśnie. Czy Morrison lubił pociągi?